Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
12 postów 6 komentarzy

Globalizacja a spór o władzę

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

W świecie wolnych i zniewolonych mediów, a zwłaszcza publikacji książkowych postrzeganie globalizowania polityki, a więc także jej domen, jakimi są władza czy gospodarka, jest wyraźnie zróżnicowane.

Poczynając od zarzutów Urlicha Becka wobec szerzenia się prawicowego populizmu, który zrasza niedoinformowane społeczeństwo sikawką teorii spiskowych, poprzez panoszące się w ww. populizmie ‘racjonalizmy’ i ‘faktyzmy’ autorów takich jak prof. Jadwiga Staniszkis czy bardziej światowy: George Friedman, którzy w sposób oczywisty opowiadają się przeciw globalizacji władzy, a kończąc na kontrowersyjnym „pierwszym piórze Rzeczypospolitej” Waldemarze Łysiaku, który beszta niemiłosiernie już sam postęp – nie ma zgody w świecie publicystyki tyczącej się globalizacji! Można nawet pokusić się o stwierdzenie, iż nie ma zgody zwłaszcza w świecie publicystyki polskiej, gdyż co jak co, ale wywodzi się ona z kraju, który wg. przeciwników globalizacji, absolutnie nie jest przygotowany na ‘unijnienie’, a tym bardziej ‘globalizowienie’ polityki. No tak, ale co właściwie kryje się za globalizowaniem areny politycznej i czemu ten proces u tak wielu Polaków wywołuje tak odmienne odczucia?

Gdyby znaleźć się w skórze zwykłego zjadacza chleba (w szczególności takiego po 5 zł za bochenek) to można szybko dojść do wniosku iż kieruje nami wiele przesłanek sprytnie podsuwanych nam przez różnie upolitycznione media, które to z kolei inscenizują, to groteskowo, to dramatycznie, wyższe potrzeby naszych polityków zwane potocznie ‘prywatnymi interesami’. Na ile są to prywatne interesy, a na ile interesy hermetycznych grup wpływu – nikt nie potrafi tego oszacować, a już na pewno nie dowiemy się tego z ogólnie dostępnych mediów. Ale nie popadajmy w teorie spiskowe. Przynajmniej nie na wstępie. To, że chleb, paliwo czy cokolwiek innego kosztuje tyle a tyle może być rzeczywiście, a nawet jest na pewno powodowane wpływami globalizacji gospodarki. To co prof. Staniszkis nazywa asymetrią racjonalności zawierającą się we wrogiej globalnej logice, a Urlich Beck nierzetelną metagrą – nie jest bynajmniej fatamorganą. A już na pewno nie dla krajów postkomunistycznych z pogłębiającym się ubożeniem konsumentów, niekompletnym kapitalizmem, niedokończoną klasą średnią czy niesterownością rynku. Kraje te poddawane wspomnianej wcześniej globalnej logice wyrywane są realnie z kontekstu zarówno kulturowego jak i historycznego. Innymi słowy: zdaniem prof. Jadwigi Staniszkis – to nie jest ich czas. Weźmy chociażby za przykład taką Polskę, o której amerykańscy politycy zdaje się – mają już wyrobione zdanie. Jak dla nas niestabilna właśnie przez procesy globalizacyjne gospodarka jest rzeczywistością polityczną, tak dla nich jest to ‘Polaków widzimisię’. Nie można jednak wobec zdania Ameryki na ten temat zbyt intensywnie wytrzeszczać oczu (ze zdziwienia, rzecz jasna), i to nie tylko dlatego iż grozi to utratą wzroku, ale również dlatego, że Ameryka w porównaniu z Europą, a także z Polską ma nieco odmienną historię, tak więc również jej rozwój (w szczególności gospodarczy i militarny) diametralnie różni się od rozwoju państw europejskich. George Friedman porównuje Amerykę w momencie pierwszej i drugiej wojny światowej do potęgi w wieku niemowlęcym – niepewnej swoich sił, aczkolwiek posiadającej nieuświadomioną przewagę nad wszystkimi pozostałymi państwami na świecie. Znaczne przyczynienie się do upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku, zaledwie 499 lat po wyprawie Kolumba uświadomił całemu światu, iż Amerykę z powodzeniem uznać można za światowe mocarstwo. Wiele krajów uważało tak o niej już po pierwszej wojnie światowej. Sprowadzenie transportu w znacznej mierze do wodnego pozwoliło ‘małej Ameryce’ zaoszczędzić niebagatelne sumy, aż ostatecznie doprowadziło ją do uzależnienia się od niej pozostałych części świata i zapanowania nad rozlicznymi wodami. Przewagę dały jej także położenie geograficzne (przez co nie sposób było jej zaatakować z większym powodzeniem) a także szybki rozrost militariów i doświadczenie cywilizacyjne wyniesione tudzież z Europy w czasach nowożytnych. Dziś Ameryka panuje na lądzie, morzach i w kosmosie. To z niej wywodzą się najbogatsi tego świata, najlepiej wykwalifikowane wojsko i służby specjalne, bez jej zgody żadne państwo nie jest w stanie podjąć ważniejszej decyzji politycznej, choćby na terenie własnego kraju. Ta Ameryka, która jeszcze do niedawna była nieuświadomionym swojej potęgi dzieckiem, jednak postępującym wciąż naprzód, zachłannie i instynktownie, teraz, w XXI wieku przeżywa za to burzliwy okres wieku dorastania. Chciałaby zawojować cały świat, i skrupulatnie jej się to udaje. Zdobywszy się na odwagę można by uznać, iż to właśnie Ameryka wymyśliła globalizację. Jest rozgrywającym w metagrze, toczącej się o władzę i pieniądze tego globu. Posiadła skoczki, wieże i hetmanów podczas gdy pozostała część świata dysponuje jedynie śmiesznymi kapslami służącymi niechybnie do gry w warcaby. Co więcej – nic jej nie zatrzymuje by tymi właśnie pionkami rozgramiać przeciwników na globalnej planszy, która momentami wydaje się być również jej własnością.

Globalna logika, o jakiej rozpisuje się prof. Jadwiga Staniszkis jest wytworem krajów dominujących na świecie i kompletnych pod względem kapitalizmu oraz klasy średniej. Logika ta jednak chcąc zdobyć władzę nad postkomunistycznymi peryferiami (oczywiście dla ich dobra) wywołuje mimowolnie efekt tzw. asymetrii racjonalności. Asymetria racjonalności jest niczym innym jak unaukowionym terminem kłótni pomiędzy czasem globalnym (amerykańskim) a czasem lokalnym (regionalnym) występującym w poszczególnych państwach. Jest to jeden z bardziej racjonalnych i faktycznie udokumentowanych argumentów za zamknięciem niedojrzałych, niewolnych czy też bezwolnych rynków państw postkomunistycznych na resztę świata i zaczekaniem aż powychodzą one ze swoich kryzysów, ‘rozkapitalizują’ się zdrowo, a społeczeństwa w nich staną się mniej antypolityczne. Dalsze ‘naciąganie’ tych krajów na globalizację spowoduje tylko dalszą deformację państw i ich rynków.

Podobnie pisze Urlich Beck zwracając uwagę na błędy popełniane już przez samą Unię Europejską. UE kierowana zasadą nieporównywalności stara się zrównać wszystkie kraje Europy do takiego samego poziomu. Kraje, które mają za sobą w czasach wojennych i pozawojennych różne sojusze, rozwijające się wiekami osobno a nawet wbrew sobie, nie mówiąc już o zróżnicowaniu kulturowym i ostatecznie – gospodarczym, nie są w stanie, przynajmniej na czas obecny, zrównać się do tego samego poziomu. Oczywiście wykonać to można, chociażby siłą, ale doprowadzi to z pewnością do pogłębienia się tylko kryzysów w słabszych krajach. Europa już jako dziecko lubiła bawić się zapałkami, podczas gdy Ameryka jedynie ją obserwowała wyciągając swoje wnioski. Kontynent, na którym znaczna większość ludzi ma do wyboru pochodzenie albo rzymskie albo izraelskie, nie jest przygotowany, ba!, nie jest przystosowany (i wątpliwym jest czy kiedykolwiek będzie) do przeobrażania się w jakąś Unię, na wzór Ameryki, która powstała w połowie dorobku cywilizacyjnego ludności zasiedlającej ów Kontynent.

Nadzwyczaj ciekawe jest zestawienie ze sobą dwóch filozofii: globalnej i narodowej. Podczas gdy pierwsza z nich oponuje za zwróceniem uwagi na problemy światowe jak ginący gatunek jakiegoś zwierzęcia czy ostatnio modny – terroryzm, druga stara się udowodnić, że tego rodzaju bzdety właśnie przysłaniają realne problemy znajdujące się – rzecz jasna realnie – na terenie danego państwa i wewnątrz danego narodu. Stanowisko ‘narodowe’ wydaje się być logiczne z punktu widzenia umiejscowienia danego państwa w pewnym jego czasie historycznym, w pewnej jego symbolice kulturowej (opartej z resztą w dużej mierze na doświadczeniu historycznym) i w pewnej jego zindywidualizowanej grupie potrzeb ekonomicznych. Dawniej panująca nam mikroskopijna socjologia nie dostrzegała jednak takich szczegółów, i tym samym nie wtłaczała się zbytnio w rolę decydenta wyznającego ‘narodowizm’. Dzisiejsza socjologia, bardziej pragmatyczna, jest na tyle w stanie zrozumieć problem globalizowania poszczególnych krajów, że coraz głębiej drąży temat globalizowania polityki, władzy, rynku i ekonomii. Dorobek naukowy nt. globalizacji władzy wciąż jest mały, ale bardzo, przez coraz większe zainteresowanie środowisk naukowych, temat ten niezwykle szybko się rozrasta. Ale to tak na marginesie. Należy zauważyć jednak, że w ‘wyznaniu narodowym’ panuje swoistego rodzaju uproszczenie przedstawiające się następująco: ‘jeśli mamy swoje problemy, to problemy globalne nie są nam już potrzebne’. Egoizm narodowców? Jest to nadzwyczaj nieapetyczne uproszczenie, z którym przeciwnicy globalizowania polityki (i władzy) mogą mieć, jak się wydaje, spory problem. Tego rodzaju zarzut wobec ów antyglobalistów stawia oczywiście nie kto inny jak Urlich Beck. Co ważniejsze, stawia on ten zarzut wobec panoszącej się populistycznej prawicy europejskiej (o której był zmuszony z własnego zniesmaczenia napisać już we wstępie swej książki), która to niczym świadkowie jehowy namawiają młodzież i staruszków do oświecenia się łaskawie w kwestii teorii spiskowych. O ile Daniel Estulin ma dowody co do złych zamiarów jakichś Rothschildów, Morganów i Rockefellerów (trzy najbogatsze rodziny na świecie) rozgrywających tę metagrę, o tyle David Icke przedstawia nam przyszłych kandydatów na prezydentów Świata jako obślizgłych jaszczurów przybyłych do nas z odległej galaktyki i chcących zdobyć nad nami panowanie (pytanie tylko po co?). Ten podział wśród przeciwników globalizacji sprawia, że nie mają oni siły przebicia, a ich snujący kontrowersyjne wersje wydarzeń (jak chociażby David Icke) przedstawiciele powodują dodatkowo uśmiech na twarzy zwolenników globalizacji, w tym Urlicha Becka. Naturalnie ułatwia to zwolennikom globalizacji rozpowszechnianie filozofii globalnej i kosmopolitycznego myślenia. Zwracanie przez globalistów uwagi na kwestię problemów globalnych i czynienie już z tego powodu do globalizowania jest sprytnym posunięciem. Rzeczywiście, wydaje się, że naprawdę warto łączyć się w tych ‘trudnych czasach’ i wspólnie podejmować działania mające na celu ‘ocalać’ Planetę Ziemię. Ale ekologia to nie wszystko. Jest jeszcze terroryzm i kryzysy finansowe, i również na te choroby posiadamy lek w postaci globalizacji. I nikt nie przejmuje się czy jest to lek wytworzony w skorumpowanej fabryce leków Rothschilda (w kontekście jego monopolu farmaceutycznego na świecie), a tym bardziej nikt nie zdoła nawet pomyśleć o tym, że żadnej choroby tak naprawdę nie ma. Zamiast tego jest tylko toksemia. A ona nie potrzebuje ‘leków tego świata’. Potrzebuje tylko spokoju w zaścianku własnego Państwa i czasu by ów organizm Państwa mógł się naturalnie zregenerować. I tak też uważa prof. Jadwiga Staniszkis: gdy już ‘popadniemy w narodowizm’, nie potrzeba nam będzie wiele czasu i wysiłku by dostrzec, że żadna globalna gorączka nigdy nie istniała. Zestawimy wówczas dwie filozofie (globalną i narodową) niczym dwie teorie medyczne (teoria zarazku i teoria toksemii) i dojdziemy do szokującego stwierdzenia: że bakterie i wirusy takie jak globalne ocieplenie, Al Kaida czy samozapadający się rynek finansów narodowych – najzwyczajniej w świecie chorób nie wywołują. Jednakże zawsze istnieje możliwość zachorowania przez autosugestię – ale to tylko wtedy gdy wyjrzymy poza nasze państwo i uznamy, że problemy globalne mają pierwszeństwo przed narodowymi.

Mimo wszystko, gdyby tak zebrać ich wszystkich razem – zwolenników i przeciwników, i zestawić ich argumenty, za i przeciw, dochodzimy do wniosku, że argumenty przeciwników są w dziedzinie globalnej władzy i polityki o wiele lepiej zorganizowane niż argumenty zwolenników. Najbardziej wybija się tu argument zaznaczający rychło pogłębiające się nierówności społeczne (dzieje się to za sprawą wprowadzania siłą globalizacji, chęci zniesienia granic i gospodarczego zrównania państw, nie mówiąc już o wspólnej walucie) . I pisze o tym nie tylko prof. Jadwiga Staniszkis, ale również zwolennicy globalizacji, jak Jerzy Muszyński i Urlich Beck, zauważają ten niepokojący fakt. Urlich Beck pisze nawet o ‘czterech zasadach nieistotności i nierealności globalnych nierówności z punktu widzenia państwa narodowego’. Już pierwsza z tych zasad mówi o możliwości powstania globalnych nierówności w świecie zglobalizowanym. Zniesienie granic i zrównanie wszystkich do jednego poziomu może wg. niego doprowadzić jedynie do napięcia Północ-Południe, w czego następstwie powstanie na wpół feudalny twór wpędzający się w nieustanne konflikty. Druga i trzecia zasada potwierdza tylko myślenie Jadwigi Staniszkis na temat braku przygotowania państw postkomunistycznych do globalnych przedsięwzięć i zbyt dużego ich zróżnicowania by można je było zrównać i by każde z nich ‘dawało Światu jednako’. Czwarta zasada jednak, mimo iż napisana przez zwolennika globalizacji, znikomo lecz zauważalnie podważa zaufanie reszty świata wobec Ameryki i udowadnia skłonność do nierzetelności amerykańskich polityków i przedsiębiorców. Przytacza się w niej parę faktów o wymuszaniu przez Zachodni Rząd niesprawiedliwych umów na krajach wschodnich (względem położenia Ameryki), często również uboższych i nieporadnych, mimo iż posiadających niebagatelne złoża surowców naturalnych czy inne potencjały inwestycyjne. Sprawia to wrażenie jakby kraje bogatsze i stabilniejsze w rozwoju zainteresowane pogłębianiem strefy swoich wpływów chciały pod pretekstem globalnych umów pokojowych wymusić na krajach biednych wykorzystanie resztek swych zasobów na ratowanie świata. Aby świat ten przygotować dla krajów bogatych i chcących rozwinąć się jeszcze bardziej. Urlich Beck komentuje to dobitnie: „Już to wygląda ponuro.”

Jerzy Muszyński wprawdzie jest bardziej twardym zwolennikiem globalizacji i unika wytykania jej błędów, ale nawet on po dłuższej refleksji nad utworzeniem i funkcjonowaniem Światowego Rządu, dochodzi do wniosku, że globalna demokracja jest nie tyle zła, co utopijna. Jednakże i on, i Urlich Beck uważają to samo – że globalizacja władzy i gospodarki możliwa jest jedynie w warunkach istnienia silnych państw narodowych posiadających hermetycznie zamknięte rynki, a wewnątrz tych rynków przedsiębiorstwa otwarte na współpracę międzynarodową. I to jest chyba najlepszy trop, pokazujący nam jak zachować racjonalność i siłę narodową a jednocześnie nie narażać się na wykpienie przez Amerykę i ewentualne straty finansowe zbyt hermetycznie zamykając swoje rynki. Pokazuje to ważną rzecz: globalizacja jest możliwie najzdrowsza na poziomie międzynarodowych firm. Nie należy zatem na siłę brać cały rynek w danym państwie i poddawać go globalizacji, a jedynie propagować ją wśród przedsiębiorców będących najbardziej w tej kwestii elastycznym elementem ów rynku.

Jeśli chodzi o samą władzę i kontrolowanie rynków narodowych przez polityków, to sytuacja nie jest już tak prosta jak z samym rynkiem. O ile w danym państwie dysponuje się niedojrzałym kapitalizmem, o tyle ingerencja polityków unijnych czy światowych zamiast państwowych sprawi, że niedostrzeżone zostaną realne problemy dotyczące rynku w danym państwie, a przedsiębiorstwa znajdujące się na tym rynku mogą nawet zamknąć się na współpracę międzynarodową. Ukrywa się tu pewien paradoks, o którym wspomina Urlich Beck jako o ‘kosmopolitycznym realizmie politycznym’. Polega on na tym, że im bardziej politycy w danym państwie skupiają się na swoim państwie i wyznają filozofię narodową tym lepiej przystosowują swoje państwo do procesów globalizacyjnych dotykających rynek. Stwierdzenie to zawiera w sobie wiele z prawdy.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tego, co przedstawiciele zwolenników utworzenia Światowego Rządu czynią pretekstem do zglobalizowania każdego zakątka świata, czyli do problemów na skalę globalną. Wśród antyglobalistów pojawiają się nawet jednostki twierdzące iż żaden terroryzm czy globalne ocieplenie nie istnieje i nazywają wszelkie przesłanki o tych dwóch, najzwyczajniej w świecie - kłamstwami. Urlich Beck postanowił w tej kwestii zaryzykować i przyjrzeć się bliżej zagadnieniu terroryzmu. Jak dla niego grupy terrorystyczne są ‘nowymi aktorami globalnymi’ obok aktorów takich jak światowi politycy czy międzynarodowi przedsiębiorcy. Jako aktorzy powołani są do odgrywania pewnych ról. Zwykle określają je sami dla siebie, nie akceptując w żadnym wypadku uwag scenarzysty. Mimo iż narzucają sami sobie pewne role ich znaczenie w świecie zglobalizowanym nabiera nowego sensu, stąd może nazywa się ich nie inaczej jak ‘n o w y m i aktorami’. W skali międzynarodowej na znaczeniu traci tzw. terroryzm islamski, który naturalnie przeradza się w nowy, można powiedzieć bardziej groźny. Nie chodzi już o kwestie religijne i świętą wojnę, na znaczeniu zaczynają zyskać grupy terrorystyczne organizowane na zamówienie przez konkretnych przedstawicieli państw. Swego czasu prezydent Bush zbudował na zagrożeniu terrorystycznym bardzo ciekawy twór nazwany przez Urlicha Becka ‘polityczną władzą uświadamianych ryzyk cywilizacyjnych’. Działanie tej władzy jest proste: państwa narodowe i ich politycy pod groźbą atakiem terrorystycznym, zapadnięciem się rynku finansowego czy też unicestwieniem przez meteoryt same oddają się w ręce Światowego Rządu, którego wieszczem są kontynentalne Unie. Ameryka, jako że to od jej zaczepek względem bogatych (i kuszących) w surowce naturalne krajów islamskich, od jej pędu gospodarczego, i od jej odkryć przyrodniczych, wszystko się zaczęło, rości sobie w danym momencie prawa do zajmowania się tymi problemami. Pierwsze z brzegu prawo daje jej możliwość bezpodstawnego atakowania całych krajów, z których pochodzi (a czasami i tego nie wiadomo) jakaś mała grupa terrorystyczna. Drugie prawo z brzegu pozwala jej na wypisywanie pod stołem czeków prywatnym sojusznikom. Trzecie z kolei podważa jej przewagę względem sił przyrody. Wszystko to razem wzięte maluje obraz Ameryki nieporadnej, słabej i niejednolitej, a jednocześnie samolegitymizującej się w celu poszerzenia strefy wpływów. Dla wspólnego dobra! Globalność nabiera nowego sensu, a sensem jest nieustanne odczuwanie zagrożenia. To nas jednoczy. Ale i dzieli. Zazwyczaj jest tak, że sposób zdobycia władzy określa jej funkcjonowanie podczas rządów. Wszystko sprowadza się do tego, że jedyną pobudką do globalizowania rządu jest nie do końca sprawdzone kilka globalnych zagrożeń łączących nas rychło w strachu i bólu. Nie wspominając już o ratowaniu Afryki z pieniędzy globalnych, i to wcale nie bagatelnych sum, bo bilionów dolarów (ileż można by uczynić z tylu pieniędzy!). Waldemar Łysiak przytacza w tym temacie wypowiedziane w 2006 roku słowa anonimowego urzędnika Banku Światowego: „Może i biedni dostaliby tam cokolwiek, gdybyśmy zrzucali im te pieniądze z samolotów.” Nic lepiej nie opisuje międzynarodowej współpracy w celu wyrównania nierówności społecznych i wyzbycia się globalnych problemów. Kto wie, być może jednak ustanowienie Światowego Rządu ułatwiłoby rozwiązanie tych problemów? Chyba tylko w przypadku, kiedy dominujące kilka mocarstw pozbyłoby się już z powierzchni Ziemi wszystkich niedorozwiniętych i przysparzających ich o migrenę, państw narodowych.

Tego rodzaju nierzetelny kosmopolityzm umacnia tylko w umysłach antyglobalistów pewne przekonanie wynikające z doświadczenia historycznego. Mówi ono o tym, że Związek Radziecki również wyrównywał szanse, rozwijał gospodarkę i w ogóle tryskał sprawiedliwością i wspaniałomyślnością. Inne doświadczenie mówi o tym, że w świadomości społeczeństw demokracja może istnieć tylko narodowo i że każde państwo narodowe wpatrujące się zbyt długo w krajobraz poza swoimi granicami (ku światu!) nabiera z czasem imperialistycznych zapędów. A mając do czynienia z chęcią utrwalenia ‘globalności’ nie na ‘niebezpieczne nieco dłużej’ tylko na z a w s z e – tym bardziej możemy się liczyć z powstaniem, a choćby w zglobalizowanym już ostatecznie świecie, regionów (byłych państw narodowych), które będą próbowały walczyć o swoje lokalne potrzeby wymigując się od ogólnoświatowych. Ba! Będą zabiegały w sposób naturalny o swoje miejsce w świecie. A mogły przecież pozostać zamknięte na ten świat, i realizować się ze spokojem wewnątrz swych granic.

Raz jeszcze, i ostatni przytoczmy obraz Polski, która goniąc za spełnianiem europejskich wymogów porzuca własne bolączki, powodując wprawdzie przypływ obcych inwestorów, ale wyrzucając jednocześnie na bruk własnych mieszkańców. Kryzys jak nic! Kto wie… może kiedyś rodowici Polacy znajdą się na światowym śmieciowisku, jakim uczyniła z Afryki Ameryka Północna. Oto jest miejsce dla tych, którzy zamiast najpierw zmienić siebie wzięli się za naprawianie świata.

 

Bibliografia:

Beck Urlich, Władza i przeciwwładza w epoce globalizacji, wyd. Scholar, Warszawa 2008, str. 9 - 63

Friedman George, Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, wyd. AMF Plus Group Sp. z o. o., Warszawa 2009, str. 13 - 45

Łysiak Waldemar, Salon 2 Alfabet szulerów część druga M – Z, wyd. Nobilis, Wydanie I, Warszawa 2006, str. 407 - 428

Muszyński Jerzy, Megatrendy a polityka, wyd. ALTA Z, Wrocław 2001, str. 141 – 151, 160 - 168

Stansziks Jadwiga, Władza globalizacji, wyd. Scholar, Warszawa 2003, str. 69 - 119

 

.

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

ULUBIENI AUTORZY